Feeds:
Wpisy
Komentarze

Zdjęcie: Luis Felipe Rojas

Rząd kubański w życiu nie wykaże się układnością czy dobrym zwyczajem współdzielenia kraju, ziemi i przestrzeni publicznej ze swoimi bliźnimi, nawet z przeciwnikami na polu socjalnym czy politycznym.

Od wielu lat stopniowo zwiększa się nieposłuszeństwo obywatelskie, wzmacnia się siły represyjne, podtrzymując coś, czego nie da się uratować. Zabraniają publicznych wydarzeń, zaangażowania obywatelskiego, nie ma się co dziwić, że potem w świadomości ludu pojawiają się opinie w rodzaju: „ulice należą do rewolucjonistów” czy „ta ulica jest Fidela”, jak wykrzykują niektórzy sprzymierzeńcy oraz ich wysłannicy odrzucający odmienność.

Złożenie kwiatów Martiemu, wieńca przy statuach Martina Luthera Kinga, Gandhiego czy Lincolna staje się aktem samobójczym, ponieważ generalnie kończy się pobiciami, wyszydzaniem i zatrzymaniami od kilku godzin do kilku dni. Pierwszym z brzegu dowodem jest ponad dwadzieścia aresztowań na wschodzie Kuby, podczas próby upamiętnienia narodzin José Martiego w styczniu zeszłego roku. Przestrzeń publiczna została zawłaszczona w imię bezpieczeństwa narodowego. To pretekst dla utrzymania porządku publicznego, co koniec końców przeradza się w pobicia i arbitralne zatrzymania.

Przestrzeń publiczna i aktywność obywatelska są zakładnikami martwych przepisów, trzeba większej ilości głosów protestu. Scena jest do dyspozycji.

Reklamy

Dziedzictwo

Zdjęcie: Luis Felipe Rojas

 

odległość?

pamięć?

 

ograniczenia, które wymyśla mój kraj

puste pożegnania

gondola

wiosło

nostalgia… pocztówki…

 

(z tomiku moich niepublikowanych wierszy)

Wzburzony naród

Zdjęcie: Luis Felipe Rojas

Nie dokonano jeszcze masowych zwolnień, tak często zapowiadanych przez kubańską nomenklaturę, a już widać ich pierwsze skutki.

Pomimo początkowego impulsu tych, którzy zobaczyli w pracy na własny rachunek zachętę, drogę ucieczki czy maskę tlenową, inni zdecydowali się wziąć “sprawiedliwość w swoje ręce”. Brak możliwości zawodowych, zachęty ekonomicznej, bardzo irytuje, a każdemu przychodzi do głowy inne rozwiązanie.

W tym roku, jak do tej pory, w Holguín dochodziło do ciągłych kradzieży w składach, magazynach i innych przedsiębiorstwach użytku publicznego. W San Germán dokonano wielu rozbojów na początku stycznia, po czym wiele magazynów zostało spustoszonych: zabrali olej, kawę i prawie we wszystkich ryż. Było to produkty z tzw. koszyka podstawowego lub kartek reglamentacyjnych. Teraz ludzie niezwłocznie biegną do sklepu po cztery uncje kurczaka czy trochę “teksturowanego” mięsa mielonego (tak to tutaj nazywają). „Żeby mi przypadkiem ktoś nie zwinął sprzed nosa”- powiedziała mi osoba, która teraz jest jedną z pierwszych do wybierania tego, co przywiozą do osiedlowego magazynu.

Chociaż produktów na kartki jest bardzo mało i dowożone są tylko raz na miesiąc, to i tak czasami dystrybutor ma opóźnienia. I tak jednego dnia dociera olej jadalny, innego mydło, a w kolejnym tygodniu oferują kawę.

Złodzieje w czasie napadów używają od drobnych narzędzi, takich jak łom i kombinerki, po bardziej wyrafinowane sprzęty, jak specjalny klucz do bezinwazyjnego otwierania drzwi. W niektórych miejscach zostawili wiadomości, o tym, że to dopiero początek tego co się wydarzy, w innych robią aluzje do niedbalstwa rządzących. To bardzo przykre, że czeka nas fala napadów, które z jednej strony zaszkodzą niewinnym ludziom, z drugiej zaś będą lustrem, jedynym sposobem na osiągnięcie przez ludzi celu.

Rabunki w osiedlowych magazynach są odbiciem kradzieży w wyższych sferach, gdzie panowie w białych koszulach zgromadzili prywatne majątki, a kiedy tego im nie wystarczało, wyciągnęli łapy po państwowe pieniądze. „Ci, co kradną to ludzie generała”- powiedział mi mędrzec zza rogu i dodał: „ nikt nie kradnie sześciu milionów z osiedlowego sklepu, ani nie wypożycza dwóch samolotów, a potem ich nie oddaje, do tego to trzeba siedzieć tam, gdzie siedzą ci, którzy nigdy nie schodzą z wysokości”- stwierdza ponownie.

Pewnym jest, że do drobnych kradzieży nie szukali ludzi z Planety Mars, robią to ci sami, którzy kiedyś wyszli na Plac, krzycząc hasła włożone im przez kogoś w usta albo w najgorszym z możliwych wypadków, pojechali do Afryki zabijać nieznanych im ludzi. To ci sami, co krzyczą aż do ochrypnięcia „Ta ulica jest Fidela!”

Zdjęcie: Luis Felipe Rojas

W miarę upływu dni  ilość oczekiwanych i ogłaszanych w tym roku masowych zwolnień zwiększa się. W takim układzie wielu moich znajomych zdecydowało się przeskoczyć do sektora prywatnego, pracować na własny rachunek, zakładając punkt sprzedaży czy zrzeszając się z wieśniakami do pracy w rolnictwie.

Mimo że tutaj ten fakt utrzymał nazwę “reorganizacji nadwyżki siły roboczej” mającej się dokonać do kwietnia (co ciekawe, data zbiega się w czasie z szeroko ogłaszanym kongresem Partii Komunistycznej), już są widoki na to, co przyjdzie, a co wnosi wszechogarniający niepokój do naszej codzienności.

W regionalnych zarządach kultury w Holguín i San Germán ogłoszono zredukowanie jednej trzeciej ilości pracowników, nie sprecyzowano jeszcze co stanie się z tymi, którzy zbywają. Panuje niepewność, moja stara przyjaciółka, która była przez długi czas szefową związku zawodowego w sektorze kultury, powiedziała mi: “Wyeliminują wielu promotorów kultury, a zwróć uwagę, że stworzenie tego stanowiska było pomysłem ‘El Comandante’, nawet od tych redukcji nie da się uciec. Jakby nie było piosenkami i wierszami nie wyżywisz rodziny. Nie wiem gdzie skończymy, jest nas tutaj w okręgu ponad setka pracujących w kulturze, a czasami i tak ciężko jest zebrać dwadzieścia utalentowanych osób, ale co poradzimy?”

Zapytałem ją czy zwróciłaby się do związku zawodowego pracowników kultury, by zapytać jakie mają dla niej propozycje. Ona popatrzyła na mnie kpiąco i wypaliła: “O jakim związku zawodowym ty mówisz? Oni zawsze robili to, co im kazała Partia Komunistyczna. Teraz rozkazem jest zrozumienie, że kraj ma potrzebę przedsięwzięcia takich środków”.

W styczniu ogłoszono w San Germán zmniejszenie płac dla inspektorów mieszkaniowych do czterdziestu pesos, mój sąsiad widzi w tym sprzeczność. Przez wiele lat był aktywistą związkowym, zawsze wierzył w to, że “ redukcje służyły stymulacji oraz zwiększeniu płacy”. To kolejna osoba, która spojrzała na mnie z niedowierzaniem, a potem wystrzeliła z: “nie wiem, o czym ci ludzie mówią”.

Każda z osób, które zatrzymałem na ulicy, zareagowała inaczej. Jedni mają w sobie nadzieję, inni frustrację, tym bardziej zaprawionym zaświeciła się lampka alarmowa. Lud zdał sobie sprawę, że najwyższe władze zmagają się ze starym dylematem. Liczni mówią: “jednego dnia obiecują coś, a tego nie robią; jutro ogłoszą jeszcze coś innego, ale wcale nie będą się rwali do wykonania tego, sprawdzają co się stanie, co zrobią ludzie”.

Każdy kąt San Germán zamienił się w pole publicznej debaty, nieśmiałej jeszcze, bez twardych czy bezpośrednich żądań. Z drugiej jednak strony w miejscach pracy doszło do gorących debat w obecności kierowników i przedstawicieli partyjnych. Dyskusje są skupione wokół “Projektu dyrektyw w polityce ekonomicznej i społecznej”, jak zwykle jednak wielu zastanawia się “jak ma być przedyskutowane coś, co zostało już zaaprobowane przez parlament i hierarchów partyjnych?”.

Mój sąsiad, Antonio, aktywista związkowy, tłumaczy mi niczym wielki strateg: “związki zawodowe są pogrążone w apatii, rozdmuchują tylko słowa szefów firm czy instytucji, ale ludzie też jakoś specjalnie nie protestują…”

Wczoraj, drugiego lutego, zmierzałem do domu Caridad Caballero Batista, bliskiej przyjaciółki mojej rodziny, której w ostatnich miesiącach prawie nie mogę odwiedzać. Po pierwsze dlatego, że dostęp do jej domu jest wiecznie zabroniony przez G-2 dla wszystkich chcących tam dotrzeć, a po drugie, ja sam dostaję zakazy wyjazdu z mojego miasteczka.

Kilka metrów od domu zostałem przechwycony przez funkcjonariusza policji politycznej Saula Vegę i drugiego, który każe nazywać się „Caneyes”. Zawieźli mnie do jednostki patrolującej w tej dzielnicy. Bez żadnych wyjaśnień, siedziałem przez pół godziny na ławce w parku dla patrolujących, potem zawieziono mnie innym wozem policyjnym do centrum miasta, do innej siedziby G-2, zwanej „El Anillo”. Zostałem poddany przesłuchaniu, którego głównym przedmiotem było to dlaczego udawałem się w odwiedziny do Caridad Caballero.

Później przyszedł czas na litanię zarzutów. Nie pozwolą na żadne obchody upamiętniające 23 lutego, rocznicę śmierci Orlando Zapaty. Nie pozwolą na zebrania Wschodniego Przymierza Demokratycznego. Nie będę mógł jechać w niektóre miejsca, abym nie opowiadał o żadnym z incydentów, które „wywlekam na światło dzienne na swoim blogu”. I kolejny raz mój blog, moje raporty, moje wywiady z obywatelami czy aktywistami pobitymi i maltretowanymi przez tych samych policjantów, którzy mnie przesłuchiwali.

W kolejnym akapicie tej całej litanii pojawiła się data 3 lutego, kiedy to minął rok od publicznego protestu zorganizowanego w Camaguey. Grupą około dwudziestu obywateli wyszliśmy na ulice, aby zaalarmować, że Orlando Zapata umrze w sali skazańców szpitala Amalia Simoni i żaden wojskowy nie robi nic, by go uratować.

Nie zabrakło innych zakazów: ani ja, ani członkowie Przymierza Demokratycznego nie możemy się przemieszczać. Oznacza to, że nie będę mógł pojechać ani do Las Tunas, Santiago de Cuba, ani do Guantánamo, czy Moa, Bayamo, Baracoa, do Holguín też nie. W żadnym wypadku do Banes.

Kiedy zakończyli wymienianie ostrzeżeń, gróźb i zakazów przetransportowali mnie z towarzyszeniem patrolu w stronę drogi wylotowej z miasta w kierunku San Germán. Zakomunikowali mi, że „lepiej żebym wrócił do mojego miasteczka, bo zakaz wjazdu do Holguín i Banes na ten miesiąc jest bezdyskusyjny”.

Zbyteczne jest dodawanie, że nie tylko ograniczają moją wolność wypowiedzi i przemieszczania się, już nie z jednej prowincji do drugiej, ale też wewnątrz mojej własnej. Tutaj jestem zmuszony do poruszania się, wszak mieszkają tu moi przyjaciele, tu znajdują się centra kulturalne, które odwiedzam.

W którymś momencie “pogadanki” gwałcącej moje prawa obywatelskie, która tym razem nie była ani agresywna, ani egzaltowana z żadnej ze stron, zapytałem oficera „Caneyes”, czy mogę dostać te wszystkie zakazy i groźby na piśmie. Odpowiedział mi: „Nie, nie”. Ja na to: „ Taka jest właśnie różnica między wami dwoma, a mną”. Zapytał mnie: „Jaka?”. Odpowiedziałem mu, że ja, wszystko co myślę na jakikolwiek temat opisuję i zamieszczam na blogu, a ty nie możesz mi dać na piśmie tego, co każą ci robić. Jestem wolny w wyborze tego, co napiszę i mam wolność publikowania moich opinii. Jak tylko stąd wyjdę, opiszę o czym rozmawialiśmy i opublikuję na moim blogu. Postaram się, aby mi to wydrukowano i jeżeli to ode mnie przyjmiesz, dam ci też kopie poprzednich postów.

Kraj, który boli

Wzruszają mnie ciągle obrazki z Kuby, której nie ma w czasopismach. Władze interesują się krajem wyłącznie w kontekście jego utrzymania nieco dłużej niż to półwiecze.

Ten blog jest tworzony kawałek po kawałku przy współpracy moich walczących rodaków i skromnych możliwości mojego aparatu i ołówka. Zdjęcia, które widzicie dzisiaj są łudząco podobne do zdjęć kubańskiej propagandy odłożonych na specjalne okazje. Pokazują je wtedy, gdy chcą podkreślić, że „Kuba nie wróci do przeszłości”. Mają na myśli dyktaturę Fulgencio Batisty i jego poprzedników na stanowisku prezydenta. Gazeta „Bohemia” w świetny sposób zbierała na swoich stronach obrazki z Kuby lat 50., miejsca i ludzi nietkniętych ręką cywilizacji.

Na tych zdjęciach pokazuje się osoby, które wzrastały i starzały się dzięki zdobyczom rewolucji kubańskiej z 1959 roku. Olivio, Rafael i Cilia zostali ocaleni od „okrutnego kapitalizmu”, aby popaść w dobrobyt socjalizmu po kubańsku, po myśli zawziętego człowieka, który chce utrzymać się przy władzy na wieczność. Zdjęcia dostałem od mojej przyjaciółki Marty Díaz Rondón od czasu do czasu solidarnie służącej swoją pomocą tym nieszczęśnikom. Stracili swoje pensje tylko dlatego, że jeden z ich krewnych mieszkających w domu za swoją pracę otrzymuje, czy też „wychodzi mu”, więcej niż 7 dolarów na miesiąc- taka miara jest przyjęta przez Ministerstwo Pracy i Ubezpieczeń Społecznych.

W tym tygodniu moja mama powiedziała mi, że odebrano jej książeczkę czekową (w innym kraju mogłoby się to nazwać zasiłkiem). Opiewała na 127 pesos za posiadanie jednego dziecka (mnie) w wieku produkcyjnym (pomimo tego, że nie mieszkam z nią), ale nie zatrudnionego (cztery lata temu zostałem zwolniony z sekcji kultury).

Weszliśmy w XXI wiek z impetem katastrofy i beznadziei.  Wszystko to dzięki zaangażowaniu grupy ludzi, którzy przyczyniają się do postępu kraju w gazetach, a w prawdziwym życiu opóźniają jego rozwój.

Zdjęcie: Luis Felipe Rojas

Dziesięć lat po zamieszaniu wokół zapowiedzi, że będziemy “najlepiej wykształconym krajem na świecie” doszło do pierwszych gróźb rozmontowania przestarzałego aparatu kultury masowej na Kubie. Ten koszmarek rozbudził marzenia tysięcy pretendujących do stworzenia sztuki socjalistycznej, masowej do granic. Przejawy tej kultury nie wnosiły absolutnie nic, jako że był oparte na służalczej postawie, propagandzie i całkowicie zepsutej ideologii, której jedynym celem jest zapewnienie monarsze uniżenie poddanego. Teraz odchodzi to powoli do lamusa.

Plany cięć budżetowych zapukały do drzwi lokalnych centrów kultury na Kubie, najbardziej poszkodowane są prowincje w głębi wyspy. W Holguín znane Nagrody Miasta, wydarzenie organizowane corocznie w ramach Tygodnia Kultury, tym razem nie zaoferowało premii pieniężnej w żadnej z kategorii: Sztuki Plastyczne, Sceniczne czy Literatura (każdego gatunku). Dlatego też zwycięzca Nagrody dla Poetów będzie musiał w tym roku zadowolić się drewnianą statuetką, papierowym dyplomem i nadzieją na to, że jego książka zostanie ujęta w planach lokalnego wydawnictwa, a jemu uda się dostać jakiś grosz z racji praw autorskich.

Krajowa sieć Domów Kultury przedstawiła także plan zwolnień oraz płac dla “dostępnego personelu”, aparat państwowy zabronił nazywania bezrobotnymi tych, którzy zostaną bez pracy. Tak po prostu. Na Kubie “moduły kulturalne” to zespół instytucji lokalnych oddanych w służbę kulturze. Składają się one z: Domu Kultury (dla wszelkiego typu widowisk teatralnych, muzycznych, tanecznych, plastycznych i literackich), Muzeum, Księgarni, Kina oraz Dyrekcji Regionalnej. Biurokratyczny twór sprawił, że w małych wioskach takich jak San Germán, Songo-La Maya czy Vertientes liczba “specjalistów” sięgnęła setki: analitycy, programiści, instruktorzy sztuki, ekonomiści, księgowi, strażnicy, dyrektorzy, zastępcy dyrektorów, dyrektorzy artystyczni, promotorzy kultury, bibliotekarze, informatycy i stanowiska jakie tylko można było wymyślić w staraniach o “najbardziej wykształcony kraj na świecie”. Nie przywiązuje się jednak wagi do lokalnych talentów, do takiego stopnia, że w małej gminie może być stu pracowników kultury, a muzyków, aktorów czy rzemieślników jest ledwie dwudziestu. Teraz przyszedł czas na cięcia, a w każdym z gminnych ośrodków w prowincji Holguín, jest około trzydziestu osób za dużo.

Podczas gdy wydaję te notki, dostaję przygnębiającą i alarmującą wiadomość zza zasieków. Dwudziestka młodych pisarzy przygotowuje się w Holguín do wyjazdu w wenezuelskie slumsy, by rozdawać swoją poezję, dzielić się narzędziami pracy z potomkami Boliwara. Całkiem nieźle, ale przecież my ciągle mamy “lampę na ulicy, a w domu ciemno”. W chwili kiedy przestanie się oferować marnych tysiąc pesos kubańskich (ok. 125 złotych) pisarzowi bądź poecie, który otrzymuje Nagrodę Miasta, Ministerstwo Kultury przygotowuje się do inwazji kulturalnej na biedne dzielnice Caracas. Ciągle igrają z marzeniami grupki młodzieży, która zaryzykuje podróż tylko po to, aby przywieźć sobie telefon komórkowy, złapać jakiegoś dobrego przyjaciela, który pomoże im kupić jakieś ciuchy, elektroniczne buble czy przywieźć tysiąc dolarów na kupno laptopa w drodze powrotnej. Czemu jedziesz skoro wcale nie chcesz?- zapytałem jednego z seminarzystów Kultury Popularnej- powiedział, że dla przełamania monotonii, “żeby wyjść na chwilę z tego bulgoczącego kotła”. Ciągle jesteśmy krajem, w którym mało jest dobrych książek, do którego nie docierają najlepsze dodatki kulturalne, dołączone do dzienników takich jak “El País” czy “El Mundo”. Krajem, w którym ciągle podupadają kina i gdzie zobaczenie dobrego baletu czy spektaklu tańca współczesnego może kosztować miesięczną pensję, co wyrzucał kilka dni temu oficjalny dziennikarz.

Setki tzw. “promotorów” kultury niedługo wyruszą w drogę do Wenezueli, po trzech miesiącach wrócą, a wielu z nich zasili szeregi bezrobotnych. Dziesiątki grup muzycznych właśnie zostały wyrzucone na ulicę w wyniku najbardziej okrutnych redukcji załogi o jakich słyszano. W nielicznych okazjach można oglądać słabej jakości filmy na taśmie 35mm. Zainteresowanie wydarzeniami kulturalnymi takimi jak “Święto Ognia” w Santiago de Cuba czy “Romerías de Mayo” w Holguín ograniczyło się do znikomego udziału obcokrajowców i niewielkiego ze strony tubylców. Tak wygląda stawka tych, którzy postawili na zrobienie z kultury szabli, a nie tarczy narodu.